Nazywał się S. Plath. Młody chłopak. Jeden z wielu, jacy zamieszkują wielkie miasta. Jeden z tych nastolatków zamkniętych w sobie, introwertyków, mieszkających w swoim własnym, ciepłym świecie. Nie miał zbyt wielu przyjaciół. Prawdę mówiąc nie posiadał nikogo z kim by się dzielił tym co przeżywa, co czuje. Wszystko co rodziło się w jego wnętrzu, pozostawało tam. Zamknięte, schowane przed każdym, kto tylko chciałby to poznać. Ukryte w wewnętrznym sejfie, komnacie sekretów i tajemnic, do której dostęp ma tylko jej właściciel, nikt poza nim.
Nie pamiętał jak to się zaczęło. Tak było odkąd sięga pamięcią. Nigdy nie zwracał na to uwagi. Po prostu to robił. Prowadził podwójne życie, to na zewnątrz i to wewnątrz. Jedno odkryte dla każdego. Wszyscy je widzieli, oceniali, przyszywali łatkę stereotypów i opinii, subiektywnych odczuć. Ten drugi świat był całkowicie odmienny. Niedostępny. On sam miał czasem problem z dostaniem się do niego. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebował się tam ukryć, on jakby na złość, zamykał swoje wrota, oddalał się. Nie pozwalał wejść do środka. W takich momentach jego emocje potęgowały się jeszcze bardziej. Krzyczał. Wymachiwał rękami. Jego ciało zaczynało tańczyć dynamiczny taniec, pełen niespodziewanych ruchów, zwany złością. Próbował w ten sposób znaleźć sposób odczucia ulgi. Emocjonalnego katharsis. Pozbycia się tego niechcianego uczucia. Nigdy mu się nie udawało. Niewidzialny, niedotykalny przeciwnik nie dawał się pokonać. Walczył wytrwale, dopóki S. nie padał z sił i zasypiał. Jego ciało kładło się jak ciało wojownika ugodzonego włócznią, osłabionego utratą krwi. Nie mającego już energii na dalsze trwanie. Trzymanie gardy. Stawianie oporu. Opadało na ziemie, przyznając zwycięstwo wrogowi.
Już od dziecka toczył w głowie wewnętrzne rozmowy. Z początku były to tylko samotne monologi. Rozważania na temat otaczającej rzeczywistości. Próba zrozumienia tych wszystkich zjawisk, które miały miejsce wokół niego. Dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej? Czy wszystko ma określony plan działania, algorytm, który cały czas przechodzi bez zastanowienia z jednego kroku do drugiego. Nie ma innej możliwości? Zawsze, wszystko jest z góry ustalone?
Po jakimś czasie odkrył, że kiedy zamknie oczy ma możliwość przegonienia pojawiającej się ciemności. W jej miejsce może wstawić dowolny obraz. Taki na jaki ma ochotę. Może to być świat znany z codziennego życia, obraz jadalni, korytarza w szkole, lasu znajdującego się obok domu. Wystarczyło tylko odpowiednio się skupić. Całą uwagę zgromadzić na upragnionym obiekcie. Wytężyć umysł, a obraz zjawiał się po chwili. Taki jaki był w rzeczywistości.
Eksperymentował dalej. Odkrył, że w tym świecie może również umieszczać obiekty żywe - zwierzęta oraz co trudniejsze, a zarazem bardziej fascynujące, innych ludzi. Koleżankę ze szkoły, ulubionego dziadka, nauczycieli. Co więcej mógł przejąć nad nimi kontrolę. Sterować ich zachowaniem, tym co mówią. Koleżanka, która na co dzień nie zwracała na niego uwagi, ignorowała, nagle stawała się jego dziewczyną. Przytulała go. Siadała na przeciwko niego i pełna skupienia słuchała jego opowiadania. Nie przerywała mu. Jedynie, kiedy skończył zachwycała się jego elokwencją, jego przemyśleniami, opowiastkami. Stwierdzała, że nigdy wcześniej nie słyszała czegoś równie interesującego.
Tym sposobem S. nauczył się tworzyć przyszłość. Zmieniać przeszłość. Przeżywać wydarzenia na nowo. Naprawiać popełnione błędy. Sprawdzać, które zachowanie było właściwe dla tej sytuacji. Jaki był program tych zdarzeń. Co programista miał na myśli. Do czego dążył. Jaką przyszłość zaplanował.
Jedyną rzeczą, która zachwycała S. w zewnętrznym świecie była literatura i film. Był to jednak tylko złudnie zewnętrzny świat. Rzeczy te bowiem, były kluczami do innych światów, również skrupulatnie zaplanowanych. W ich przypadku jednak, z góry było wiadome jak potoczy się historia. Istniało coś takiego jak opis fabuły. Miał możliwość wyboru, który świat najbardziej mu odpowiadał w danym momencie. Nie wiadomo czemu zawsze wybierał dramaty. I komedie romantyczne. Tylko one go wciągały. Tworzyły alternatywną rzeczywistość, odwróconą o 180 stopni od tej znanej z życia. Tylko one mu się podobały. Mógł je oglądać, czytać bez końca. Zdarzało się, że nawet zapominał o tym swoim wewnętrznym świecie, tak bardzo pochłaniało go eksplorowanie świata fikcji literackiej.
Pewnego dnia S. stwierdził, że skoro zna już tyle fikcyjnych światów, opanował do perfekcji zarządzanie wewnętrzną ziemią, może spróbować pisać. Wyrazić to co myśli i czuje na papierze. Tak zaczął pisać wiersze. Z początku wychodziły mu niezgrabnie. Pojedyncze słowa jakby się ze sobą gryzły, za nic nie chciały stać koło siebie. Toczyły walkę. Bo jak spokój i wojna mogą ze sobą sąsiadować. Jak narodziny i śmierć mogą trzymać się za rękę. Nie mogły, a S. chciał aby go słuchały. Był bezwzględnym dyktatorem ich losu. Musiały robić to co im rozkazał.
Gdyby ktoś przeczytał jego wiersze, z pewnością by się przeraził. Kipiały emocjami, i to skrajnymi. Niektóre z nich emanowały smutkiem i rozpaczą. Inne były hymnami pochwalnymi śmierci i destrukcji. Apokaliptycznej wizji ludzkiego losu.
Czytając jedną z książek S. wyczytał, że na świecie istnieją ludzie zdrowi i chorzy. I nie chodziło tu o zdrowie ciała lecz duszy. Wnętrza. Umysłu. Cierpią oni tak jak ci, których boli serce, którzy krwawią. Że oni też mogą umrzeć. Że jednym z objawów tej choroby są wewnętrzne głosy. Dialogi słyszane w głowie, które pochodzą od nieznajomego. Nie wiadomo od kogo. Po prostu mówią. S. przeraził się, bo czyż on ich nie słyszał? Czy nie dawały mu one spokoju? Nie umilały czasu?
S. nie chciał być chory. Nie chciał umierać. Wbrew pozorom kochał swoje życie. Oglądanie filmów, czytanie książek, zarządzanie wewnętrznym światem. Objawy były jednak jednoznaczne. Słyszał głosy. Był chory psychicznie. Za niedługo umrze. Postanowił wytoczyć im wojnę. Pozbyć się ich. Kiedy nie będzie ich słyszał - wyzdrowieje. Nie umrze. Będzie żył. Dlatego nie odzywał się w myślach. Milczał.
Nie było to jednak takie łatwe. Głosy nie dały się ujarzmić. Wystarczyła chwila nie uwagi, skupienie wzroku na opadającym liściu, a w głowie pojawiała się myśl: jakie to piękne. Nie! Nie chcę tego słyszeć! Znikaj! S. złościł się, uderzał pięściami po głowie.
Doszedł do wniosku, że niemożliwe jest patrzenie na cokolwiek. Musi cały czas mieć zamknięte oczy. To samo z uszami. Dźwięki również rozpraszały skupienie. Powiem wiatru po policzku również. Zapach świeżo upieczonych bułek także. Wszystko mogło wytrącić go z walki z głosami. Nie mógł na to pozwolić. Dlatego zamknął się w pokoju. Zatrzasnął drzwi, przekręcił zamek. Zasłonił okna roletą. Usiadł na łóżku, zatkał uszy stoperami. Zawiązał oczy chustą. Siedział i trwał. Cały czas w skupieniu na odrzucaniu pojawiających się myśli. Nie zauważył kiedy jego świadomość odpłynęła. Osiągnęła stan całkowitego wyzwolenia. Pustki. Uwolnienia z wszelakich przywiązań. Jego ciało położyło się na łóżku. Usnął, i już nigdy nie wybudził.
-----------------------------------------
Efekt Sylvii Plath, teoria według której poeci (a szczególnie poetki) częściej zapadają na zaburzenia psychiczne. Osoby wysoce kreatywne są bardziej narażone na zaburzenia nastroju, ataki paniki, napady lękowe, narkomanię i zaburzenia odżywiania.
Nazwa zjawiska pochodzi od amerykańskiej poetki Sylvii Plath, która cierpiała na zaburzenia afektywne dwubiegunowe i popełniła samobójstwo w wieku 30 lat. Innymi pisarzami chorującymi na zaburzenia psychiczne oprócz Plath były takie pisarki jak Virginia Woolf, Sara Teasdale, Anne Sexton, Sarah Kane, a wśród mężczyzn Richard Brautigan.
https://www.mala-psychologia.eu/wpis/efekt-sylvii-plath
Nie pamiętał jak to się zaczęło. Tak było odkąd sięga pamięcią. Nigdy nie zwracał na to uwagi. Po prostu to robił. Prowadził podwójne życie, to na zewnątrz i to wewnątrz. Jedno odkryte dla każdego. Wszyscy je widzieli, oceniali, przyszywali łatkę stereotypów i opinii, subiektywnych odczuć. Ten drugi świat był całkowicie odmienny. Niedostępny. On sam miał czasem problem z dostaniem się do niego. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebował się tam ukryć, on jakby na złość, zamykał swoje wrota, oddalał się. Nie pozwalał wejść do środka. W takich momentach jego emocje potęgowały się jeszcze bardziej. Krzyczał. Wymachiwał rękami. Jego ciało zaczynało tańczyć dynamiczny taniec, pełen niespodziewanych ruchów, zwany złością. Próbował w ten sposób znaleźć sposób odczucia ulgi. Emocjonalnego katharsis. Pozbycia się tego niechcianego uczucia. Nigdy mu się nie udawało. Niewidzialny, niedotykalny przeciwnik nie dawał się pokonać. Walczył wytrwale, dopóki S. nie padał z sił i zasypiał. Jego ciało kładło się jak ciało wojownika ugodzonego włócznią, osłabionego utratą krwi. Nie mającego już energii na dalsze trwanie. Trzymanie gardy. Stawianie oporu. Opadało na ziemie, przyznając zwycięstwo wrogowi.
Już od dziecka toczył w głowie wewnętrzne rozmowy. Z początku były to tylko samotne monologi. Rozważania na temat otaczającej rzeczywistości. Próba zrozumienia tych wszystkich zjawisk, które miały miejsce wokół niego. Dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej? Czy wszystko ma określony plan działania, algorytm, który cały czas przechodzi bez zastanowienia z jednego kroku do drugiego. Nie ma innej możliwości? Zawsze, wszystko jest z góry ustalone?
Po jakimś czasie odkrył, że kiedy zamknie oczy ma możliwość przegonienia pojawiającej się ciemności. W jej miejsce może wstawić dowolny obraz. Taki na jaki ma ochotę. Może to być świat znany z codziennego życia, obraz jadalni, korytarza w szkole, lasu znajdującego się obok domu. Wystarczyło tylko odpowiednio się skupić. Całą uwagę zgromadzić na upragnionym obiekcie. Wytężyć umysł, a obraz zjawiał się po chwili. Taki jaki był w rzeczywistości.
Eksperymentował dalej. Odkrył, że w tym świecie może również umieszczać obiekty żywe - zwierzęta oraz co trudniejsze, a zarazem bardziej fascynujące, innych ludzi. Koleżankę ze szkoły, ulubionego dziadka, nauczycieli. Co więcej mógł przejąć nad nimi kontrolę. Sterować ich zachowaniem, tym co mówią. Koleżanka, która na co dzień nie zwracała na niego uwagi, ignorowała, nagle stawała się jego dziewczyną. Przytulała go. Siadała na przeciwko niego i pełna skupienia słuchała jego opowiadania. Nie przerywała mu. Jedynie, kiedy skończył zachwycała się jego elokwencją, jego przemyśleniami, opowiastkami. Stwierdzała, że nigdy wcześniej nie słyszała czegoś równie interesującego.
Tym sposobem S. nauczył się tworzyć przyszłość. Zmieniać przeszłość. Przeżywać wydarzenia na nowo. Naprawiać popełnione błędy. Sprawdzać, które zachowanie było właściwe dla tej sytuacji. Jaki był program tych zdarzeń. Co programista miał na myśli. Do czego dążył. Jaką przyszłość zaplanował.
Jedyną rzeczą, która zachwycała S. w zewnętrznym świecie była literatura i film. Był to jednak tylko złudnie zewnętrzny świat. Rzeczy te bowiem, były kluczami do innych światów, również skrupulatnie zaplanowanych. W ich przypadku jednak, z góry było wiadome jak potoczy się historia. Istniało coś takiego jak opis fabuły. Miał możliwość wyboru, który świat najbardziej mu odpowiadał w danym momencie. Nie wiadomo czemu zawsze wybierał dramaty. I komedie romantyczne. Tylko one go wciągały. Tworzyły alternatywną rzeczywistość, odwróconą o 180 stopni od tej znanej z życia. Tylko one mu się podobały. Mógł je oglądać, czytać bez końca. Zdarzało się, że nawet zapominał o tym swoim wewnętrznym świecie, tak bardzo pochłaniało go eksplorowanie świata fikcji literackiej.
Pewnego dnia S. stwierdził, że skoro zna już tyle fikcyjnych światów, opanował do perfekcji zarządzanie wewnętrzną ziemią, może spróbować pisać. Wyrazić to co myśli i czuje na papierze. Tak zaczął pisać wiersze. Z początku wychodziły mu niezgrabnie. Pojedyncze słowa jakby się ze sobą gryzły, za nic nie chciały stać koło siebie. Toczyły walkę. Bo jak spokój i wojna mogą ze sobą sąsiadować. Jak narodziny i śmierć mogą trzymać się za rękę. Nie mogły, a S. chciał aby go słuchały. Był bezwzględnym dyktatorem ich losu. Musiały robić to co im rozkazał.
Gdyby ktoś przeczytał jego wiersze, z pewnością by się przeraził. Kipiały emocjami, i to skrajnymi. Niektóre z nich emanowały smutkiem i rozpaczą. Inne były hymnami pochwalnymi śmierci i destrukcji. Apokaliptycznej wizji ludzkiego losu.
Czytając jedną z książek S. wyczytał, że na świecie istnieją ludzie zdrowi i chorzy. I nie chodziło tu o zdrowie ciała lecz duszy. Wnętrza. Umysłu. Cierpią oni tak jak ci, których boli serce, którzy krwawią. Że oni też mogą umrzeć. Że jednym z objawów tej choroby są wewnętrzne głosy. Dialogi słyszane w głowie, które pochodzą od nieznajomego. Nie wiadomo od kogo. Po prostu mówią. S. przeraził się, bo czyż on ich nie słyszał? Czy nie dawały mu one spokoju? Nie umilały czasu?
S. nie chciał być chory. Nie chciał umierać. Wbrew pozorom kochał swoje życie. Oglądanie filmów, czytanie książek, zarządzanie wewnętrznym światem. Objawy były jednak jednoznaczne. Słyszał głosy. Był chory psychicznie. Za niedługo umrze. Postanowił wytoczyć im wojnę. Pozbyć się ich. Kiedy nie będzie ich słyszał - wyzdrowieje. Nie umrze. Będzie żył. Dlatego nie odzywał się w myślach. Milczał.
Nie było to jednak takie łatwe. Głosy nie dały się ujarzmić. Wystarczyła chwila nie uwagi, skupienie wzroku na opadającym liściu, a w głowie pojawiała się myśl: jakie to piękne. Nie! Nie chcę tego słyszeć! Znikaj! S. złościł się, uderzał pięściami po głowie.
Doszedł do wniosku, że niemożliwe jest patrzenie na cokolwiek. Musi cały czas mieć zamknięte oczy. To samo z uszami. Dźwięki również rozpraszały skupienie. Powiem wiatru po policzku również. Zapach świeżo upieczonych bułek także. Wszystko mogło wytrącić go z walki z głosami. Nie mógł na to pozwolić. Dlatego zamknął się w pokoju. Zatrzasnął drzwi, przekręcił zamek. Zasłonił okna roletą. Usiadł na łóżku, zatkał uszy stoperami. Zawiązał oczy chustą. Siedział i trwał. Cały czas w skupieniu na odrzucaniu pojawiających się myśli. Nie zauważył kiedy jego świadomość odpłynęła. Osiągnęła stan całkowitego wyzwolenia. Pustki. Uwolnienia z wszelakich przywiązań. Jego ciało położyło się na łóżku. Usnął, i już nigdy nie wybudził.
-----------------------------------------
Efekt Sylvii Plath, teoria według której poeci (a szczególnie poetki) częściej zapadają na zaburzenia psychiczne. Osoby wysoce kreatywne są bardziej narażone na zaburzenia nastroju, ataki paniki, napady lękowe, narkomanię i zaburzenia odżywiania.
Nazwa zjawiska pochodzi od amerykańskiej poetki Sylvii Plath, która cierpiała na zaburzenia afektywne dwubiegunowe i popełniła samobójstwo w wieku 30 lat. Innymi pisarzami chorującymi na zaburzenia psychiczne oprócz Plath były takie pisarki jak Virginia Woolf, Sara Teasdale, Anne Sexton, Sarah Kane, a wśród mężczyzn Richard Brautigan.
https://www.mala-psychologia.eu/wpis/efekt-sylvii-plath
Komentarze
Prześlij komentarz